Dominator - czyli wspomnienia z kamienia …
Kolejna wyprawa wędkarska, która od dłuższego czasu spędzała mi sen z powiek była tuż przede mną. Już tylko dwa dni. Staram się na wszelki sposób dograć sprawy w pracy i w domu. Muszę dać radę poukładać wszystko tak, żeby zagrało i .. ruszamyyy….
Jadąc przez Polskę trzeba się przygotować na wiele nieoczekiwanych zbiegów okoliczności. Trzeba wykazać się sprytem, spokojem umysłu i bacznym obserwowaniem tego, co dzieje się wokół pojazdu. „Zasysanie" w ten niby porządek trwa chwilę, potem to już kompletny surrviwal i walka o przetrwanie. Remonty dróg, niebezpieczne przemarsze pielgrzymów, pijani kierowcy TIR-ów z Litwy itp To tylko czubek góry lodowej, naparstek trudu, który trzeba z pokorą, godną wędkarza przełknąć. W sumie my Polacy już się do tego w jakiś nienormalny sposób przyzwyczailiśmy i nie powinno mnie to dziwić. To chyba taka nasza narodowa, nadludzka zdolność pokonywania niebotycznych trudności w stanach niewątpliwego zagrożenia życia.
Droga do Krościenka w Pieninach z Łomży trwała ponad 13 godzin. Dotarcie nad Dunajec, gdzie mieliśmy łowić na OS-ie okupiliśmy potwornym zmęczeniem, kiepskim nastrojem i pragnieniem bezpiecznego dotarcia na miejsce przeznaczenia.
Ja, M_Marko, Pawel Nzinny, Natalia i Piotrek po ulokowania się w pokojach i po wypiciu czegoś na odświeżenie myśli przygotowywaliśmy się do dnia następnego. Dnia, w którym dojdzie do konfrontacji naszych (moich i M_Marko) umiejętności łowienia na muchę w rzece Dunajec. O umiejętnościach Pawła i Piotra nie będę wspominał, bo nie ma to najmniejszego sensu ;)
Późnym wieczorem nie zabrakło też rozmów o innych tematach wędkarskich, ale wspominanie o tym było by tylko błędną dygresją i nie wniosłoby niczego ciekawego, do wydarzeń, które miały nastąpić.
Dzień 1
Widok z balkonu naszego pokoju wczesnym porankiem zaowocował uśmiechem wszystkich uczestników wyprawy. Mnie osobiście przyprawił o gęsią skórkę i po chwili dreptałem w miejscu głęboko zniecierpliwiony tym co nas czekało.

W pełnym rynsztunku i prawie z niemiecka precyzją stawiamy się z wykupionymi wcześniej rano licencjami (koszt to 60 zł za dzień łowienia) nad brzegami rzeki. Miejsce, w którym mieliśmy łowić znajdowało się tuż poniżej naszego domu. W tym momencie powinienem napisać, że mnie powaliło, że widok, który miałem przed oczami był nieziemski. Niestety to, co zobaczyłem nie napawało mnie „istotą absolutu". Ot górska woda, przede mną betonowa ściana i ulica, pełna mknących samochodów. Szum kół wymieszany w szumem wody, typowe połączenie polskiej myśli technicznej z pięknem otaczających mnie w tym momencie Pienin. Poczułem żal i natchnęło mnie przemyślenie, że tak naprawdę nie ma już miejsc, które zostałby takimi, jakimi były, że człowiek jest istota pazerną na swój byt, luksus przebywania, przemieszczania i przemijania. Chwilę zadumy przerwał krzyk M_Marko, który z radością, na moich oczach, holował pierwszego złowionego na muchę (dokładnie na daleką nimfę) pstrąga. Ryba okazała się godnym przeciwnikiem i dość sporym okazem.

No i pękło we mnie. Obudziła się przytłumiona potrzeba wędkowania. Po to tu przyjechaliśmy. Mieliśmy łowić piękne pstrągi i lipienie. Od razu zabrałem się do łowienia. Niestety moja początkowa walka zaowocowała jedynie potem na czole. Rozstawieni na odcinku około 500-600 m przeczesywaliśmy dno rwącej górskiej wody. Z oddali docierały do mnie okrzyki Mariusza:
- Miałem ładne branie, o znów mi coś walnęło, eeej Rafcik - Paweł miał ładnego pstrąga na kiju, a Piotrek właśnie holuje.
W chwili, kiedy każdy mięsień twojego ciała eksploduje perfekcją, a wyniki nie są oszałamiające, takie okrzyki radości działają raczej odwrotnie. Zmieniają przyjemność łowienia w wyścig. No przynajmniej ja tak mam. Może to płytkie, ale nic na to nie poradzę, taką mam naturę.
- Ok zaraz tam przyjdę - moja odpowiedź miała jedynie ukryć żar zazdrości i moją niemoc. Nie dałem po sobie poznać, że i ja chciałem wreszcie poczuć na delikatnej muchówce walecznego pstrąga. Kiedy dotarłem do miejsca gdzie moi koledzy łowili, uderzył mnie widok po prawej stronie. Droga znikła. Przesiąknięte soczystą zielenią góry majestatycznie zasłaniały niebo. Musiałem wysilić się żeby poprzeć na lejące się z nieba słońce. No to w takich okolicznościach przyrody to warto się pomęczyć - pomyślałem i szybko zabrałem się do roboty. Chciałby teraz napisać, że mi się udało, ale się nie udało. Walka, jaką prowadziłem z rwącym Dunajcem i gorącem nadal nie przynosiła żadnych efektów.
Powodów było kilka:
- dwa dni wcześnie (na nasze nieszczęście) Pieniny nawiedziła dwudniowa ulewa, woda była brudna i podniesiona. Ryby miały prawo nie żerować
- moje umiejętności zostały szybko zweryfikowane i okazało się, że jeszcze dużo muszę się nauczyć i nie taki ze mnie „liść" jak uważałem
- Dunajec to rzeka trudna technicznie, pełna niebezpiecznych szypotów, dołków i głazów, w pewnych momentach może się okazać, że płyniesz razem z falami Dunajca, daleko na Słowację.

Oczywiście mogę powiedzieć, że nie w takich warunkach łowiłem i nie takie rzeki udawało mi się pokonać, ale Dunajec był specyficzny, groźny i nieobliczalny.
Samo szukanie ryb odbywało się po chwili mechanicznie. Wyrzut linką, szybkie prowadzenie nimf i ponowne przerzucenie zestawu. Trzeba było intensywnie „czesać wodę" przynętami, tuż na dużymi głazami. Po dwóch godzinach Piotr pokazuje mi jak to się robi.


Piotr to człowiek opanowany i zrównoważony. Ze stoickim spokojem holował swoją zdobycz. Zupełnie naturalnie i z wyczuciem jakby to robił milion razy. Widziałem jak wielkie doświadczenie drzemie w dłoniach kolegi, widziałem pasję w pełnej formie. To właśnie nazywa się pięknem wędkarstwa. Pogratulowałem mu szczerze pięknego pstrąga.
W sumie reszta dnia minęła w podobny sposób. Głazy, śpiew wody odbijający się od zalesionych wzgórz, uporczywa walka z prądem i upał, który nie ustępował nawet na chwilę.
Szybko minęło 12 godzin naszych zmagań z rzeką i je mieszkańcami. Noc zapadła nagle, a sen zmógł moje obolałe ciało jak szybko działający narkotyk. Tej nocy, jak nigdy dotąd nic mi się nie śniło…..
Dzień 2
Pobudka nastąpiła w miarę szybko. Wszyscy byli w dobrych humorach. Dzisiaj mieliśmy zmienić łowisko i udać się w dół rzeki. Jak zostało postanowione tak też się stało. Po około godzinie staliśmy nad kamienistym brzegiem Dunajca rozglądając się po wysokich zboczach otaczających nas gór. Odcinek rzeki był ukryty przed męczącą ulicą w głębokim wąwozie. Cieszyło mnie to niezmiernie i szczerzyłem zęby do Mariusza jak dzieciak, któremu dano za darmo kilogram cukierków.


- No Panie Prezes tutaj musimy połowić - rzuciłem do Mariusza, który jako pierwszy miał nad głową świszczący sznur muchówki.
- Kurde czuje tę wodę, podoba mi się! Normalnie liść Rafcik - rzucił w odpowiedzi.
Skwitowałem to uśmiechem i poszedłem poniżej stanowiska, które zajmował.
Paweł i Piotrek udali się w górę rzeki. Miejsce, gdzie mieli łowić wyglądało…. piekielnie. Rozpędzona woda rozbijała się o wielkie głazy, dźwięk wydobywający się z kipieli zagłuszał nawet myśli. Pokręciłem jedynie głową, pamiętając doznania z dnia wczorajszego.

Doczekałem się wreszcie jednego brania. Delikatne uderzenie i … nadal nic. Moje pokłady cierpliwości dla tej rzeki powoli się kończyły. Potrzebowałem sukcesu i to szybko, inaczej jutro rano zostaję w łóżku i oglądam Dunajec z okna pokoju - taka samotna myśl przemknęła mi przez głowę.
Mariusz namówił mnie abyśmy zeszli jeszcze niżej, dalej za kamienistą plażę, na której ospale wylegiwali się turyści. Zgodziłem się, ale przyszło mi to z wielkim oporem.
Dzisiejszy dzień również był słoneczny. Moja skóra przypominała powoli rozpalone ognisko, ból, jaki temu towarzyszył był bardzo nieznośny. Nie wiem, co bardziej słońce czy te cholerne kamienie odbierało mi siły. Zamarzyłem o zimny piwie, takim prosto z zamrażarki, aromatycznym, kąsającym język goryczą… i wtedy zza moich pleców słyszę krzyk Mariusza:
- Mam! OOO ładny, ale idzie…. - podniecenie i nieograniczone szczęście wyrywało się nie tylko z gardła, ale też z całej sylwetki Mariusza. To typowe dla wielu jego nieprzewidywalnych zachowań. Po krótkim holu w podbieraku znalazł się pięknie wybarwiony pstrąg. Zdziwienie wędkarza, jak i zapewne pstrąga było podobne.
- EEE stawiałem, że będzie większy - skwitował i wypuścił rybę z powrotem do wody.

- A jak Rafcik u Ciebie? - to pytanie było zupełnie nie na miejscu, ale że lubimy czasem między sobą „pouprawiać szyderkę", odpowiedziałem spokojnie:
- Jak na razie to samo, czyli nic.
Odwróciłem się i poszedłem na środek rzeki nie przeczuwając niebezpieczeństwa, które martwo drzemało na dnie.
Wpadłem na pomysł: jeżeli Mariusz z racji swojego mało odpornego obuwia na poślizgi, wędruje bliżej brzegu, ja poszukam ryb dalej w nurcie. Będę łowił z lewej i prawej strony. Pomysł jak na tą chwilę był w sumie desperacki, ale zaryzykowałem. To był jednak błąd.
Pierwsze 20 m poszło gładko. Utrzymywałem równowagę, poruszałem się spokojnie, bez większych zrywów. Rzuty o dziwo wychodziły mi też niezgorsze. Jednak po chwili moja lewa stopa wpadła na ogromny głaz, porośnięty czymś zielonym. W zwolnionym tempie widziałem jak lewa noga odjeżdża w dół, prawa próbuje ją dogonić zahaczając przy tym o kolejny wystający kamień. W pewnej chwili przestałem słyszeć. Przechyliło mnie na bok i z całym impetem uderzyłem kolanami w kamienie, które nagle pojawiły się przed moją niezdarną osobą. Ból był ostry, przeszywający całą dolną część mojego ciała.
- No to po zawodach, tylko zostaną po mnie buty, nic więcej - pomyślałem.
Jednak resztką sprytu odbiłem się od dana i stanąłem na równe nogi. Słów, które w mało cezuralny sposób wypadły w moich ust nie będę przytaczał. Obolały wyszedłem na brzeg i próbowałem dojść do siebie. Poparzenie słoneczne, odwodniony organizm (zimne piwo dręczyło mnie nadal), potłuczone kolana i całkowita wędkarska porażka. Człowiek potrafi znieść wiele, ale gdzie znajduje się granica tego "wiele".

Ciągle odpoczywałem na brzegu. Natomiast mój kompan łowił w najlepsze. Udało mu się przechytrzyć kilka pstrągów, a jeden wzbudził kolejny krzyk euforii i potem wielkie zdziwienie, rwąc żyłkę przyponu z nimfami. Dobrze, że chociaż Mariusz miał frajdę.
Po trudach zmagań z Dunajcem staję jeszcze raz. Tym razem udaje mi się złowić pstrąga i chwile potem małego lipienia.


Dunajec dał mi szansę, może za ten bolący mnie nadal upadek. Podniosło mnie to na duchu. Wreszcie jakiś sukces - mały, ale zawsze.
Po rozmowie z Mariuszem wracamy zmęczeni do Pawła i Piotrka.
Ich relacja z wyprawy w te piekielne szypoty przysparza nas o zdumienie. Paweł spokojnie zaczął nam opowiadać, co się wydarzyło:
„- Stanąłem nad rynną. Tu na tym przelewie. Zacząłem łowić dość głęboko. Po chwili mam zatrzymanie, myślałem, że to zaczep. Nagle to coś ożyło i odpłynęło w górę rzeki. Mam na kiju brzanę. Silna skubana i do tego wyciągnęła mi całą linkę i trochę podkładu. Zaraz potem wyskakuje nad wodę. Miała około 80 cm, wielka i tłusta. Niestety zerwała przypon 0,22. Fajnie bo kolesie, którzy łowili po drugim brzegu pokręcili tylko głową i sobie poszli, a sikorki na plaży biły mi brawo. Miałem jeszcze jedną brzanę, chwilę po tej pierwszej. Tej też nie udało się zatrzymać. A i jeszcze miałem kilka pstrągów 35-40 cm i jeden 50-siątak mi spadł"
Kończąc to opowieść Paweł uśmiechnął się do nas, albo z nas, bo nasze miny przypominały w tym momencie rozmiażdżone pomidory, które dogorywały na słonecznej plaży.
- Nie no, to nie może być prawda. To ja tu łażę po całym Dunajcu, a on tylko stanął, i takie ryby… - cios poniżej pasa, to boli równie mocno jak bliski kontakt z kamieniami.
Pocieszyło mnie jedno, że Piotrek też nic konkretnego nie złowił, więc szanse się wyrównywały.
Po tym krótkim te ta te, jedziemy na obiad. Masowanie kolan nie dawało żadnych efektów bolały mnie nadal, a o przedramionach, twarzy i uszach to nie wspominam nawet. Pocieszające było to, że w knajpie serwowali zimne i w przystępnej cenie piwo - eliksir na moje boleści i zmartwienia. Wspólnie ustalamy, że wrócimy w miejsce gdzie łowiliśmy rano. Może to i dobrze, przynajmniej wiem gdzie sypia wróg.
Rozdanie tym razem było nieco inne. Wspólnie we czterech stajemy nad głęboką i rwącą rynną. Rozstawieni, co kilka metrów szukamy pstrągów i lipieni, przynajmniej próbujemy. Powiem tyle, ten nasz Paweł to ma jakieś tajemne układy z ciemną stroną mocy. Może cholera podpisał jakiś pakt z demonami tej rozwścieczonej rzeki i łowi, ciągle łowi ryby. Byłem pod wrażaniem kiedy w ciągu kilkunastu minut przechytrzył 3 piękne pstrągi, a my ….NIC.


Ukradkiem podszedłem do stojącego po pas Pawła. Tak trochę na chama wlazłem w jego miejsce. Paweł chyba zrozumiał, o co chodzi i ustąpił mi miejsca. Czułem jak powoli drętwieją mi ramiona, ale twardo przerzucam zestaw. Po chwili jest branie, ale pstrąg spada. Rzucam dalej i znów branie, ale tym razem kończę sukcesem hol 30 cm pstrąga. Wreszcie jest, pierwszy w miarę konkretny, szaleńczo walczący z chłodnym powietrzem wieczoru w moim podbieraku. Byłem zadowolony, wierzcie mi - bardzo zadowolony.

Wieczór nadchodził szybko jakby w górach miał pierwszeństwo przejazdu nad resztą kraju. Robiło się zimno i pora był kończyć, gdyby nie kolejny krzyk radości Mariusza.
- Mam, mam! Llipień! Ale śliczny. Krasucki chodź i zrób mi zdjęcie.
I zrobiłem. O emocjach dalej nie piszę wszystko widać na fotografii.

Wracaliśmy w ciszy, przez pochłonięte nocą Pieniny. Z boku towarzyszył nam blask wodzącego księżyca. Półotwartym ślepiem łypał na biały autobus, który zniknął po chwili w rozświetlonych ulicach Krościenka.
Dzień 3
Schemat był ten sam co dnia drugiego. Tym razem wstajemy trochę wcześniej niż zwykle. Podgrzani wieczornymi sukcesami wracamy nad rynnę, w której mieliśmy brania.
Paweł wraca na szypoty, pewnie oddać znów kawałek duszy za kilka pięknych pstrągów. My łowimy w rynnie, stojąc w ciszy, pełni spokoju i nadziei, że poranek okaże się łaskawszy niż wieczór.
Prawda była taka, że znów Dunajec okazał się wobec nas bezlitosny. Bezdusznie wymęczył nasze ręce i nogi, nie dając nic w zamian. Opadłem z sił i pozwoliłem sobie z Mariuszem na krótki sen. Nie wiem czy świadomość przebywania mi się wyłączyła, czy tkwiłem przez te kilka chwil w jakiejś nierzeczywistej przestrzeni. Wysoko na niebie słońce rozganiało pojedyncze chmury, chłód kamieni, na których leżeliśmy dawał pozorne ukojnie, a woda wprowadzała w hipnotyczny trans, budziła i usypiała. Nie miałem najmniejszej ochoty iść gdzieś dalej, nie miałem ochoty żeby łowić, jedynie w tej trumiennej postawie leżeć pośrodku gór.

Obudził nas Paweł rzucając lekkie:
- I jak tam chłopaki??
- A no nic. Odpoczywamy. A jak u ciebie? - z resztą po co się głupio pytam i narażam swoje resztki wiary na poniewierkę zapomnienia.
- A fajnie. Trochę połowiłem. Miałem kilka pstrągów
Hmmm, żebym do domu nie miał 650 km, pewnie bym się odwrócił i poszedł, a tak zostało mi tylko przyjąć te informacje z godnością.
Dołączył do nas Piotrek i razem zadecydowaliśmy się wrócić do naszego domu, pakujemy się i wracamy nad wodę. Tak też się stało.
Niedziela nie jest dobrym dniem, aby wyruszać przez prawie całą Polskę w drogę powrotną. Po godzinie 14-tej droga, która miała nas wyprowadzić z gór była zablokowana na odległości pewnie kilku kilometrów. Pozostało nam rozłożyć muchówki i zabrać się za ostatnie wędkowanie na Dunajcu.
Nie będę pisał co złowiłem, co złowił Mariusz czy Piotr. Opowiem wam o Pawle, który wspiął się na wyżyny swoich możliwości. No przynajmniej w moich oczach.
Nizinny ma usposobienie człowieka spokojnego, ma dobre serce i chętnie pomaga innym. Wszyscy bardzo cenimy w nim te cechy, ale ja doszukałem się w nim jeszcze jednej rzeczy .
Tego popołudnia obserwowałem go bardzo dokładnie. Mierzyłem w locie ilość wysnuwanych z kołowrotka metrów linki, patrzyłem jak daleko i precyzyjnie podaje przynętę. Byłem pod wielkim wrażeniem. Nagle kątem oka zauważyłem, że kilkanaście metrów linki z muchówki Pawła w sposób wręcz magiczny podrywa się z wody. Jego ręka jakby zespolona z całym sprzętem wykonała ruch kołowy. Linka zawinęła się w spiralę i po chwili wylądowała daleko za jego plecami.
- O ja cię nie pier….- powiedziałem do siebie. - Nizinny jak ty żeś to do cholery zrobił???
Paweł jedynie się uśmiechnął i bez przejęcia odpowiedział:
- Normalnie.
Zobaczyłem wtedy w Pawle specjalistę, który bez chwili namysłu wykonuje z wielką dokładnością swoją pracę. Nie będę ubierał go też w jakieś nadludzkie siły, ale to co widziałem dotykało ideału. Było perfekcyjne i celowe i z całą pewnością, (jeżeli Paweł byłby inną osobą) śmiertelne dla ryb.
Co do samych połowów: złowił, sam już nie wiem ile lipieni, zacinając je linką z olbrzymiej odległości. Jeden był naprawdę okazały. Pięknie wybarwiony i lśniący, niby wyrwany ze stalowego blasku powierzchni wody.


Jeżeli kiedykolwiek dojdę do takiego poziomu wspomnę ten wieczór nad Dunajcem, wspomnę też Pawła, który w moich oczach przebudował łowienie na muchę w poezję.
Opuszczaliśmy Pieniny i Dunajec późno w nocy. Wymęczeni pozytywnymi doznaniami. Za kierownicą siedział niestrudzony Mariusz, ktorego zapasy energii są nadal dla mnie wielką tajemnicą. Mało kogo wędkarstwo potrafi nakręcić tak mocno jak jego i zmotywować do pordróży, ktora miała trwać 7 godzin.
Kto był Dominatorem w tej wyprawie? - napewno Dunajec, napewno te cholerne kamienie, po trosze też Paweł, który mocno zdyskwalifikowała resztę ekipy. Mimo wszystko miło będzie mi sięgać pamięcią, w te dni spędzone w Krościenku. Miło mi też będzie tam powrócić za rok. Zgubiłem w Dunajcu kawałek swojego serca i nie omieszkam odszukać go w szumie wody, w balsku słońca, w powietrzu, które zatrzymało na chwilę czas, dla kilku wędkarzy zgubionych gdzieś pośrodku Pienin…
‘Rafa’






Świetny artykuł !!!
Pozdrawiam gorąco :)
Bardzo dobry artykuł. Jak go czytałem to nie mogłem się oderwać ani na chwilkę. Patrząc po zdjęciach to naprawdę mieliście fajne klimaty. Zawsze ta rzeka mnie fascynowała ale po tym artykule to ja już nie mam wątpliwości gdzie najbardziej chciałbym wybrać się z moją ukochaną muchóweczką.Trudna i niebezpieczna ma swoje uroki o których się przekonaliście. NO nic tylko pozazdrościć.
PS. Jak będziecie się wybierać na Dunajec dajcie znać.:)
Pozdrawiam; Szczurek
Jest kilka pięknych rzek w Polsce, abyś tylko miał czas jeździć. Jedną z nich pokażę ci już za tydzień :-)
Polska to piękny kraj .myślę że większość kolegów wędkarzy gdyby nie te piękne widoki i cały klimat nad wodą który jest charakterystyczny dla polski nie łowiło by z taką przyjemnością.A co do wyjazdu to odliczam dni :) uzupełniając braki w robaczkach.