Słona słodycz
Jakiś czas temu Paweł Nizinny zaproponował nam udział w kolejnej imprezie wędkarskiej, która miała się odbyć nad naszym Bałtykiem, na Rozewiu. Pamiętając nasz wyjazd na trocie do Orzechowa nie mogliśmy odmówić. Zaproszenie zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. Łowienie troci w morzu to fascynująca sprawa…
W drogę ruszyliśmy w piątek. Jak zwykle Autobus Naszych Łowisk zapełnił się sprzętem wędkarskim, a po drodze również znajomymi. Po zabraniu z Olsztyna Piotra i Kubusia pojechaliśmy pełni nowych nadziei na spotkanie z morskimi trociami.
Po przyjeździe na miejsce ulokowaliśmy się w pensjonacie „Basia", którego odnalezienie w nocy graniczyło z cudem. Jeździliśmy wokół niego z 15 razy, a nikt z napotkanych osób nie umiał nam wskazać:
- To tu! Drodzy Panowie to TU!
Miejsce rozpoznaliśmy po dużej ilości samochodów. Przywitanie przez organizatorów było miłe, dalsza część wieczoru również… bardzo miła i długa…

Na swój sposób staje się to niepisaną praktyką i sposobem na odreagowanie dalekiej podróży. Pobudka, choć ciężka, nastąpiła około godziny 08:00. Po szybkim śniadaniu wyszliśmy na spotkanie z Bałtykiem. Ja, M_Marko, Robak i Piotr (Kuba nadal tkwił w łóżku, odsypiając wieczorne rozmowy) wybraliśmy najkrótsza drogę do morza, ale jak to z nami bywa nie najłatwiejszą.

Stromym, piaskowym zejściem, po kilku minutach walki z krzakami stanęliśmy nad brzegiem morza. Trzeba dodać, że zejście, takie cywilizowane (drewniane schody, ławeczki widokowe) znajdowało się 200 m dalej, ale kto o tym myślał :) Otwarta przestrzeń i wysokie, zadrzewione brzegi wyglądały bardzo pięknie.

Lekki wiatr wiał z kierunku wschodniego, a fale spokojnie lądowały u naszych stóp. Pogoda dawała wielkie nadzieję, że uda się coś złowić. Po chwili rozbiegliśmy się po brzegu. Każdy z nas rozpoczął od najlepszych przynęt. W ruch poszły blachy Solvkrokena i rękodzieła Zamkera.

Teraz powinno się tu znaleźć pewne wtrącenie, które wytłumaczy kolejne wydarzenia. Otóż nasz kolega Mariusz słynie ze swoich nieprzewidywalnych działań. Jako stary wyga ma wypracowane pewne zachowania i świetnie posługuję się blachami (doświadczenie z łomżyńskich boleni). Ukradkiem, tak prawie niezauważalnie, znika zawsze z oczu. Ogólnie to jest, ale jakby go nie było. Szczwany lis z niego. Tu na Rozewiu było podobnie….
W piątym rzucie Mariusz (oddalony od nas o jakieś 50 m) zacina rybę. Ciszę przerywa jego krzyk:
- Siedzi, siedzi….. - wołał nieprzerwanie w naszym kierunku.
Wszyscy razem, z niedowierzaniem biegniemy w po falach w jego kierunku. Faktycznie, kij Mariusza przyjął ekstremalną pozę, a na końcu plecionki coś tnie z wielką szybkością wodę. To troć, z całą pewnością spora troć. Po chwili do Mariusza dociera Robak, próbując podebrać rybę. Ta z wielką siłą i energią wyskakuje cała z wody i ucieka szaleńczo dalej. Doczłapałem się i ja, patrząc z wielkim zachwytem na całe widowisko. Troć walczy kręcąc najprzeróżniejsze młynki, wyskoki nad wodę są niesamowite, nagle wszyscy razem próbujemy ją podebrać. Dopiero Piotr ratuje sytuację podbierakiem. Jest!

Wszyscy mamy szczęśliwe miny, jakby to była nasza wspólna zdobycz. Łowca odbiera od nas gratulacje. Robimy kilka zdjęć i troć 56 cm wraca do swojego królestwa.

Nie mogłem wyjść z podziwu dla waleczności tej ryby. Po takim holu, uwolniona wystrzeliła jak z procy. Piękny widok. Po tym nieoczekiwanym sukcesie, zapał w naszej ekipie wzrósł o 100%. Zaczęliśmy z Robakiem wykonywać dalekie rzuty różnymi blachami. Po godzinie zupełnie z zaskoczenia moją wędkę wyrywa coś z ręki. Potężne uderzenie i …. moja zdziwiona mina zamarła w bezruchu, skierowana w stronę kolegów. Mariusz woła do mnie z daleka:
- Co?? Miałeś coś??
- Cholera coś mi walnęło. Tu nie ma zaczepów… ale dałem ciała… - reszta była niecenzuralnym ciągiem słów.
- To przez Robaka, zagadał mnie - dla rozładowania sytuacji, winę zrzuciłem na młodego kolegę.
Robaczek jedynie się uśmiechną i łowił dalej. Po tym niespodziewanym wydarzeniu przesuwamy się w kierunku falochronu i miejsca, w którym nasi koledzy z Olsztyna mieli na wiosnę piękne wyniki. Spacer w morzu miał jakieś 3 km. Nie powiem warto było poświęcić trochę czasu na ten spacer. Długi betonowy wał ciągnął się daleko przed nami. Morze w tym miejscu było wypełnione wielkimi głazami. Można powiedzieć, że depczemy trociom po ogonach. Niestety nasze wysiłki do końca dnia były zerowe. Wzmógł się jedynie wiatr, a fale zaczęły przybierać na sile. Taki stan rzeczy nie wróżył nic dobrego.
Następnego dnia o świcie włazimy do morza jeszcze raz. Pogoda, tak jak przypuszczaliśmy zmieniła się na przewidywaną. Wiało, wiało, wiało… nieprzerwanie od samego rana. Dzikie fale z łatwością pokonywała nasze wątłe ciała, które kiwały się jak bojki kierunkowe rozrzucone po morzu. Nasz Robaczek miał chyba najgorzej: musiał bacznie obserwować nadchodzące fale, wykonać wyskok w górę, w swobonym opadaniu na dno cofnąć się do tyłu i… ponowić czynność. Wyglądało to komicznie, ale muszę przyznać, że zawziętość Roberta godna była najwytrwalszych łowców morskich troci.

Taka walka z morzem trwała około 2 godzin. Na wspólnym spotkaniu, na plaży Mariusz zadaje nam relację z porannych łowów:
- Miałem taką małą trotkę około 35 cm i flądrę, całkiem przyzwoitą. To wszystko z jednego miejsca, tam gdzie wczoraj złowiłem tą dużą - na koniec oczywiście nie zabrakło jego szydzącego uśmiechu.
Nie skomentowałem tego, tylko odwróciłem się i łowiłem dalej.
Trochę zmarznięci i przemoczeni poranną walką z żywiołami postanowiliśmy wrócić na śniadanie do pensjonatu. Plan na dalszą część dnia był taki, że jedziemy samochodem na falochron i w kamieniach będziemy łowić do końca. O godzinie 12-tej miało się odbyć tam w spotkanie wszystkich uczestników przy ognisku. Było to doskonałe rozwiązanie - dwie pieczenie na jednym ogniu.
Po dotarciu na miejsce spotykamy kolegę, który bladym świtem złowił piękna troć. Miała 60 cm i była o wiele grubsza niż Mariusza.

Dało nam to kolejną porcję siły, aby dalej próbować coś złowić. Morze przez moment jakby się uciszyło. Fale i wiatr przycichły. Włazimy w kamienie i zaczynamy łowić. Spokój był tylko pozorny. Po chwili szaleńcza siła żywiołów ciska nami to w prawo, to w lewo. Przyjemność łowienia zmieniała się w męczarnię. Osobiście bardzo zmarzłem, po Mariuszu i Robaku widziałem podobne objawy. Sine nosy, przemoczone rękawiczki, drętwiejące ramiona - to był koniec naszego starcia z Bałtykiem.
Docieramy plażą na miejsce spotkania ze wszystkimi uczestnikami tej wyprawy. Rozpalone ognisko i kiełbaska tworzą wręcz domowy nastrój. Między kolegami toczą się rozmowy o mijającym spotkaniu, jak również o kolejnych wyprawa na morskie trocie. Nasza ekipa zdecydowanie potwierdziła swój przyjazd, może już w lutym….

Nasza wyprawa pod wieloma względami była bardzo udana: Mariusz złowił pierwszą w swoim życiu troć, ja miałem branie, a koledzy (tak samo jak my) wielką frajdę z możliwości łowienia w morzu. Tym razem nasza przygoda miała słodki smak choć przesycony wszechobecną słoną wodą…
'Rafa'






Gratulacje Panowie, świetna wyprawa.
Świetny artykuł, świetna przygoda. Na pewno żal było wam wracać. Widzę że robaczek musiał uskakiwać przed falami bo inaczej by go przykryły. śmiesznie to musiało wyglądać. No i gratulacje dla Mariusza. Pokazałeś klasę pewnie tam im uśmieszki z buzi poznikały jak ją złowiłeś ? dopiekłeś im chociaż trochę?? :)a zdjęcie z trocią przypomina mi pewne zdjęcie twojej podekscytowanej miny z wyprawy na Dunajec. Wrażenia robią swoje.Gratuluje udanej wyprawy.
Banderas pokazał klasę - racja :) . Nie obyło się bez szyderczych uśmiechów łowcy ale trzeba przywyknąć :). Pamiętam jak po złowieniu troci każdy z nas przez kilka godzin łowił z szerokim uśmiechem, a to wszystko przez jedną srebrną rybę.
Fuksiarz, aż strach z nim nad wodę jeździć bo nie wiadomo co on z niej wyciągnie. Bogu dzięki, że muchą się zajął, więcej dla nas… okazów.
Otóż to jest gwóźdź do trumny bo gdy Mariusz znajdzie się nad wodą z muchówką przesieka całą okolice. Ryby które naoglądają się smakowitych kąsków w postaci robaczków nie będą chciały patrzeć na woblery i gumy.
Niekoniecznie, my mamy juźiaki- łomżyński kilery.
Zresztą prawdziwemu wędkarzowi wystarczy biała licha :)
Słyszałem że próbują ją wycofać z produkcji- jest za skuteczna. Na następnych trociach to będzie moja podstawowa przynęta. Trocie ogłupieją na jej widok :)
Nie ładnie robaczku że używasz zakazanych przynęt. Jakby by było tego mało na dodatek robisz im reklamę. Licz się z konsekwencjami. Chcesz by Narew kompletnie opustoszała?:)
Proponuje kolegom z Łomży, natępnym razem zastosować kombinacje najskuteczniejszej moetody z przynętą, czyli biała licha na bocznym troku… Wszystko na to powinno brać, nawet trocie :-)
Nic dodać, jak tylko pozazdrościć kolegom wyprawy…i wstyd się przyznać - żona moja pochodzi ze Sławna a to jakieś 30 km do morza Znamy się już więcej jak 10 lat a ja ani razu nie zmoczyłem kija spinningowego w morzu czy rzekach takich jak Wieprza czy Słupia Miałem i mam wiele okazji a jakoś spróbować, ten pierwszy raz się nie chce…
To jak z tą białą lichą na bocznym troku!!! Będzie niebawem sposobność by sprawdzić, co koledzy???
Sprawdzimy, sprawdzimy tylko jaką wziąć łezkę na zboczka, bo z wielkością lichy już nie ma większego problemu.
Hmm sie nie znam na tych tematach, ale myśle że ok 25g…
Tak na poważnie może się okazać dobra metoda, zasięg ma zajebisty, a na końcu np muszka, lub bardzo lekka błystka, i z opadu ją…
Rafa bierzesz swoją wklejkę żeby popróbować na “zboczka”, może trafi się jakiś okoń ;-), Bałtyk to tylko takie duże jezioro ;-)
Coś z paproszków wezmę ze sobą - “ty sie nie boj”, a jak się nie sprawdzi to z Gajowym z gruntem posiedzę - będzie ciekawie, oj ciekawie…