12 miesięcy

128.jpgSą takie dni, kiedy nie potrafię przestać myśleć o kolejnej wyprawie wędkarskiej. Jak uwierający w bucie kamień, ta myśl dręczy spokojny odpoczynek, kusi i szepce do ucha… jedź na ryby, jedź nad Narew. Ciężko mi jest policzyć ile godzin, ile dni spędzam nad rzeką. Pewnie około 250 wypraw w sezonie, a może i więcej.Od kilku ostatnich lat łowię praktycznie 12 miesięcy w roku, 12 miesięcy zmagań ze swoim cieniem. Zacząłem traktować wędkarstwo jako swego rodzaju rytuał, uzależniłem się od bycia poza domem, od słońca, od deszczu, od zimnego wiatru. Wlazło mi pod skórę pragnienie ciągłego poszukiwania, próbowania, nie bacząc na wszystko, co niebezpieczne i cierpkie w smaku.

Zima

Zimą łowię pstrągi. Od stycznia do kwietnia moje drogi prowadzą mnie nad Łojewek i Skrodę. Czasami gubię ślad na śniegu gdzieś na Pasłęce, cudownej i tajemniczej rzece. Nie ma znaczenia czy mróz będzie duży, czy lepiący się do twarzy deszcz nie pozwoli szeroko otworzyć oczu. Nie ma to najmniejszego wpływu na moje przebywanie, ważne, że jestem, tu i teraz.

121.jpg

Nieodparcie prześladują mnie wtedy zapachy: metaliczny i zimny zapach wody i słodki, lekko ciepły zapach gnijących roślin. Intensywnie wibrują w rytm moich kroków, jakby towarzyszyły wiernie pochmurnemu niebu nad moją zamyśloną głową. Zwykły śmiertelnik nie jest świadomy jak wygląda mała pstrągowa rzeczka bladym świtem. Nie ma najmniejszego pojęcia jak pięknie i spokojnie oszronione drzewa giną w białym krajobrazie, przebite blaskiem wody.

122.jpg

Moje widzenie rzeczy wtedy jest czyste, czerpię z duszy oddechy, które mroźnym obłokiem wydobywają się z ust. Jak cudownie jest nie czuć stóp, mieć skostniałe ręce, jak prosto jest wtedy przemijać razem ze słońcem, które szybko znika i przymarza rozpalone do horyzontu. Jak dobrze jest to potem wspominać ciepło…

Wiosna

Wiosną łowię bolenie i klenie. Czasami szczupaki, chociaż już od kilku lat dałem im spokój. Zbyt dużo ich padło z mojej ręki i nie widzę większego powodu, aby kultywować pierwszomajowy przemarsz za ich zwłokami.

123.jpg

Zieleń, świeża, rześka, nasycona życiem. To widzę i rozpoznaje dokładnie. Nie ma nigdzie takiej zieleni, jaka przesiąka przez wzgórza Doliny Narwi, wprost do rzeki. W ten czas zmieniam się cały w zamyślenie. Pobudzam ciało kruchymi podmuchami jeszcze chłodnego wiatru i znikam w  zalanych łąkach nad brzegami Narwi. Mało istotny wydaje się wtedy sam proces wędkowania. Ważna jest cisza i spokój, jaka ogarnia serce. To bardzo miłe doznanie, kiedy w oddali słychać krzyki dzikich ptaków - echa nadejścia wiosny. Jak kawałki ciemnej nocy lądują na dywanie żółtych kwiatów i zamierają na chwilę, a ja z nimi. Bicie serca zwalnia, staje się rytmiczne, współgrające z nurtem rzeki.

124.jpg

Jest  jeszcze stalowo zimna, ale już pełna życia. Wybiera ochotników, aby ukazali się na jej powierzchni. Pierwsze pojawiają się bolenie. Wojownicy złotych piasków narwiańskich plaż. Gonią niczym bezzałogowe torpedy niewielkie srebrne ukleje, które ogłuszone prędkością dźwięku giną wznosząc się w ostatnim desperackim skoku nad wodę. Potem klenie i jazie. Tuż przy brzegu, gdzie zwisa trawa, gdzie stare drzewo upadło w swój podwodny grób na zawsze. Jedno koło na wodzie, jeden szybki ruch ogonem i znikają, jakby ich tutaj nigdy nie było. Pewnie pojawią się za rok, kiedy woda znów będzie wysoka, i nadgryzie burty swoim ciałem. Pewnie i ja będę, jak doczekam, jak się spełnię cały…

Lato

Latem łowię… chyba wszystko. Najbardziej lubię brzany. Ostatnimi czasy stały się dla mnie dużym wyzwaniem. Powodów jest kilka: są dość ciężkie do złowienia i do wyholowania. Wreszcie znalazłem godnego przeciwnika, z którym można walczyć na równych zasadach.

125.jpg

Pozostała mi jeszcze z lat młodości, taka chęć bycia nad wodą wcześnie rano. Przed świtem, kiedy na niebie królują gwiazdy i swoim spadaniem spełniają marzenia. Bywam gościem na rafach. Kilka ich jest, tu w mojej okolicy. To chyba najpiękniejsze miejsca na rzece. Rzucone w wodę, całkiem przypadkiem, leżą martwo i niezmiennie przez cały rok. Jedyne, co się zmienia to poziom wody nad nimi. Czasami niżówki obnażają bezwstydnie ich legowiska. Widać, gdzie się zaczynają i kończą. W sumie dla wędkarza to dobry okres. Można je poznać z bliska, praktycznie przejść na „Ty" z każdą z nich. Pasjonuje mnie wtedy ta niecierpliwość, ta łudząca nadzieja, że dzisiaj jest ten dzień. Dzień, w którym nałowię się do syta. Jest tak za każdym razem, choć bardzo rzadko się to spełnia. Nie mam obaw przed wejściem po pas do wody, nie mam w sobie strachu do rzeki.

126.jpg

Rafy w sumie to niebezpieczne miejsca, całkiem przypadkiem można stracić życie, robiąc krok za daleko. Kiedy łowię w takich miejscach wyłączam się. Myślę tylko o przynęcie, która rytmicznie pracuje na końcu żyłki. Liczę do 10-sięciu i zwijam luz, liczę metry wody, które rozbijają się o moje biodra. Silnie i natarczywie pchają moje ciało w nurt. Nigdy im nie uległem, nigdy nie spadłem samobójczo w ich szum. Zawsze wygrywam,  albo złudnie w ten szaleńczy sposób oszukuje swój los…

Jesień

Jesienią łowię okonie. Czekam do października i śledzę poziom wody w rzece. Jak jest wystarczająco chłodno jadę na starorzecza i pokryjomu wchodzę w miejsca dobrze mi znane.

127.jpg

Nie wiem, czemu, ale zawsze jestem wtedy uśmiechnięty, zadowolony, pełen energii. Może, dlatego, że okonie chętnie ze mną współpracują i odbijam sobie niepowodzenia po mijającym sezonie. Zadziwiające jest to, że mimo przenikliwego zimna, potrafię stać w wodzie prawie cały dzień. Nie czując chłodu trwam jak w jakiejś hipnozie, aż zachód słońca przypomni mi o powrocie do domu. To takie magiczne dni, kiedy walczę sam ze sobą. Zimne hartowanie charakteru, taka walka ze swoimi słabościami. Najciekawiej jest wtedy, gdy spadnie pierwszy śnieg. Ktoś o zdrowych zmysłach pewnie zawróciłby z drogi i wrócił do domu. Ja tego nie robię. Nakręca mnie to jeszcze bardziej. W sumie doświadczam wrażeń, które towarzyszą niewielu mi podobnych. Jedynym minusem jest lód, który włazi na taflę wody, zaczynając kruchą warstwą od brzegu. Trzeba go łamać i brnąć, łamać i brnąć aż stanie się po pas w kawałkach szklistej materii. Wokół nasilająca się biel, nie widać, gdzie się kończy niebo, a zaczyna ziemia. Śliczny temat dla odpustowych arcydzieł.

128.jpg

Kiedy koniec jesiennych dni odmierza opadająca szybko temperatura, zaczynam tęsknić za wiosną, za latem … za ciszą.
Nie muszę nic złowić, pragnę tylko być.
Tak po prostu zwyczajnie być….

Rafał Krasucki
'Rafa'
  1. szczurek,

    Świetny artykuł Rafał. Potrafisz wspaniale spisać swoje wyobrażenia i odczucia. Czytając tekst wyobrażałem sobie te wspaniałe klimaty. Bez trudu można przenieść się w opisywane przez ciebie miejsca. Po przeczytaniu moja chęć znalezienia się nad wodą chociaż jest nie mała powiększyła się dwa razy. Jeszcze raz gratulacje świetnego artykułu oby takich więcej.

  2. dariusz krystosiak,

    Pięknie napisane,a mnie pozostaje zazdrościć pióra i częstotliwości pobytów nad wodą.Bo czy ryb?Chyba najmniej bo nad wodę jeżdżę po to żeby odpocząć od miasta a jak coś złowię to tylko dodatek.

  3. cheli,

    Klasa Rafale, nie jeden poeta by sie podpisał pod twym tekstem, pięknie.

  4. lesnik28,

    Super cały ty, te uczucie do wędkarstwa i obcowania z naturą.

  5. dariusz_d,

    Rafałku a myślałeś o napisaniu książki wędkarskiej z przemyśleniami i opisami wypraw.

  6. Rafa,

    Nie sądzę, aby moje “pisanie przy kawie” godne było napisania książki.
    Kiedyś miałem taki pomysł, aby napisać przewodnik wędkarski po naszej Narwi, ale byłby to tylko opis rzeki.
    Za miłe słowa dziękuję.
    Rafa

  7. esox,

    Świetny, metaforyczny tekst oddający co najwazniejsze, czyli kontakt z naturą. Dla mnie bomba po prostu. Wysokiej klasy “pióro” - podziwiam i dziękuję za taaaaki tekst.

    PS. Mojej żonie też się podobało… :)

    … jeżeli nie byłes, koniecznie idź do kina na Avatara…

Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany by dodawać komentarze