Po prostu poszedłem na ryby

po3.jpgJakoś nie wyszedł mi początek tego sezonu. Wszystkie wyjazdy nad rzekę kończyły się słabymi lub zerowymi wynikami. Zabawa z pływadełka na starorzeczach przyniosła jedynie krótkie szczupaki i puste brania. Moja ambicja i wędkarskie zapędy mocno zostały ostudzone. Po krótkim resume ostatnich dokonań, po prostu poszedłem na ryby…..

Miejsce, które wybrałem było dobrze mi znane z lat młodości. Kiedyś często je odwiedzałem, przychodząc tam pieszo kilka km z domu. Przypomniały mi się wszystkie ciekawe rzeczy, jakie wydarzyły się tam z udziałem mojej osoby i wędki. Powoli docierały do mnie wspomnienia cichych wieczorów, romantycznie rozlewających się zachodów słońca. Pamiętam mój pierwszy ciężki 60g spinning (który sobie wymarzyłem) i cała udręka związana z łowieniem na ten kij. Testy nowych gumowych przynęt czy też woblerów prosto z USA. Te wspomnienia miały nawet swój zapach, swoją temperaturę, nasycenie światłem, więc radowałem się niezmiernie, że mogę połowić w starych miejscach.
 Stanąłem nad burtą. Woda prawie wlewa się na łąki jakby nie chciała jeszcze spływać do koryta rzeki i kurczowo upominała się o swoje wiosenne prawa. Było spokojnie. Panował leniwy popołudniowy wieczór. Patrząc na rzekę, która przy takim stanie wody nie powinna dawać znaku życia, zauważyłem żerującą drobnicę w cofce przy brzegu. Nagle coś ją pogoniło zostawiając na powierzchni metaliczny ślad. Wykonałem rzut, jeden zaraz drugi… Gdy wyciągałem woblera z wody coś zaatakowało go jakby to była jedyna rzecz nadająca się do zjedzenia. Mikro-bomba wybuchła mi pod nogami gejzerem wody. Lej jaki pozostał po tym zdarzeniu falował oddalającymi się kołami.

- Ale numer! - pomyślałem.

Ponawiałem rzuty i podobnie prowadziłem przynętę, ale tajemniczy drapieżnik nie dał się sprowokować. Ciekawe co to było, może mały boleń, który swoim grzbietem rysował te znaki na wodzie, może zabłąkany jaź, przeszukujący  zalaną torfową burtę? Te pytania dodały mi trochę zapału, wzbudziły ciekawość. Powoli i sukcesywnie obławiałem kolejny odcinek burty pochłaniając łapczywie świeże powietrze i ciszę jak panowała wokół mnie. Jedyne co mi przeszkadzało to komary. Natarczywość tych małych stworzeń jest bezlitosna i strasznie irytująca. Te wszędobylskie owady będące zmorą moich letnich wypraw, w tym miejscu przypomniały o sobie ze zdwojoną siłą Oblepiły moje przedramiona i niczym honorowy dawca krwi żywiłem je, nie mogąc odgonić wszystkich naraz.

- Co za cholerne darmozjady! - pomyślałem - , że też coś takiego zostało stworzone i to w jakimś celu.

Osobiście bym tego nie uczynił, jakbym był na miejscu pomysłodawcy takiego „życia". Może nie powinienem tak myśleć, ale… Dzięki odpowiedniemu preparatowi, który cienką warstwą przyległ do skóry mogłem nadal łowić, w spokoju, no prawie.
 Trochę odurzony zapachem alkoholu, który wypełnił powietrze wokół mnie (po tym jak się spryskałem tym specyfikiem od komarów) kątem oka zauważyłem ruch na wodzie. Rzuciłem woblera i szybko zacząłem prowadzić go z prądem. Łup… coś uderzyło w niego z wielką siłą. Niestety moja skuteczność tego dnia to 2:0. Ucieszyłem się, że coś się dzieje, że może w końcu przełamałem złą pasę i uda mi się złowić coś innego niż szczupaki i okonie.
Trzeba zmienić taktykę - pomyślałem. Zbyt dużo czasu poświęciłem tej burcie. Udałem się w kierunku jej wierzchołka, który kończył się pięknym, klasycznym warkoczem, odchodzącym w nurt rzeki.
Przypomniałem sobie to miejsce. Kiedyś przychodziłem tutaj na sandacze, no przynajmniej tak sobie wmawiałem, że powinny tutaj być. Oczytany lekturą Marka Szymńskiego o sandaczach łowionych z opadu i po zakupie kilkudziesięciu super-gumek i różnej wielkości główek, siedziałem godzinami, łowiąc we wskazany przez mojego mentora sposób. Cierpliwie, aż do znudzenia. Złowiłem wreszcie jednego. Był niewielki, ale nie miało to żadnego znaczenia. Czułem, że złowiłem go tak jak należy, że byłem skuteczny, może mało efektywny, ale skuteczny. Pamiętam ten świt i powrót do domu, kiedy to długa droga jaką miałem przejść pieszo sprawiła mi wielką przyjemność.
Warkocz zaczynał się szybko płynąca wodą. Ciężko było mi utrzymać woblera w najciekawszym miejscu. Wymyśliłem sobie, że rzucę dalej, spuszczę przynętę w dół i poprowadzę ją po łuku w kierunku warkocza, zatrzymując co chwilę w nurcie. Czynność powtarzałem kilka razy i nagłe…
 Mocne, dzikie, uderzenie wyprostowało mi nadgarstek. Hamulec zareagował odpowiednio, spinning do 18g, wygiął się tak, że myślałem, że pęknie. Nieoczekiwane zdarzenie i kolejne jego etapy postawiły mnie na równe nogi. Zerwałem się i zwijając luz zacząłem biec w dół burty. Oczywiście szybko do mnie dotarło, że ryba jest duża i mogę mieć problem z je holem w tej szybkiej wodzie. W tej chwili to ryba miała nade mną przewagę, bo doskonale uciekała w rwący nurt. Mój sprzęt może tego nie wytrzymać, no któryś z jego elementów na pewno. Przypomniałem sobie, że poniżej burty jest blat, taka plaża, która w tej chwili była zalana. Postanowiłem dokończyć mój bój właśnie tam.

po1.jpg

Ostrożnie wszedłem do wody po pas, trzymając wysoko podniesioną wędkę. Ryba popłynęła w dół rzeki wysnuwając mi kolejne metry żyłki.
W mojej głowie zapadła cisza. Przestałem nawet oddychać. Poczułem się spokojny, wyważony. Koncentrowałem się na ruchach tej pięknej ryby, na jej walce o życie, czułem jej desperację, jej pragnienie ucieczki … ból.

po2.jpg

Przewidywałem jej kolejne odjazdy, manewrując odpowiednio kijem, panowałem nad sytuację do czasu, gdy pokazał się na powierzchni wody.

po3.jpg

Była naprawdę duża i zajadle walczyła. Hol trwał nadal. Nie jestem w stanie określić długości tego zmagania. Boleń powoli się poddawał. Jego ruchy zaczęły być wolniejsze, jego ciało coraz częściej podnosiło się do powierzchni wody.

po4.jpg

Pierwsze próba podebrania ryby zakończyła się tym, że cofnąłem rękę od jego karku. Po prostu nie mogłem go objąć. Z racji tego postanowiłem podebrać rybę wyślizgiem. Dość karkołomne postanowienie, ale udało się. Po chwili boleń był w moich rękach.

po5.jpg

Szybka sesja zdjęciowa i wolny wrócił do Narwi.

po6.jpg

po7.jpg

 Wydawało mi się, że moje zmaganie trwało strasznie długo. Lekki wiatr ostudził moja rozgorączkowaną twarz i wybudził z zamyślenia. Odchodząc z tego miejsca (gdzie kiedyś uczyłem się jak i na co łowić ryby) miałem uśmiech na twarzy. Pomyślałem wtedy sobie, że fajnie jest odwiedzać stare miejsca i na nowo kolekcjonować wspomnienia albo po prostu pójść sobie na ryby…

Rafał Krasucki
'Rafa'
  1. dariusz_d,

    Rafcik, gratki za bolusia.

  2. Radek,

    Fajne opowiadanie i rapka niczego sobie. A może Rafale byś jakąś książkę napisał ?

Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany by dodawać komentarze