Wracam za 24 godziny.

d11.jpgCzasami miewam pewne przeczucia z rodzaju: coś się zaraz wydarzy. Mam to bardzo rzadko, ale tamtego dnia czułem w sobie rosnący niepokój, takie dręczące napięcie jakbym miał zaraz eksplodować. Wieczorem powiedziałem żonie, że rano jadę na ryby. Skwitowała to wzrokiem pełnym politowania.

Czerwcowe noce są krótkie, są najpiękniejsze w całym roku.

Ich ulotność sprawia, że potrzeba snu jest przekładana przez mój organizm na później, że najważniejsze staje się tylko przetrwanie 3 h ciemności i szybkie dotarcie nad rzekę. Byłem spakowany już dużo wcześniej. Przygotowałem się dość skrupulatnie, zupełnie inaczej niż podczas moich prawie codziennych wypraw. Łowisko na które się chciałem wybrać również było zbadane dzień wcześniej, więc wiedziałem na co mam się nastawiać i czego spodziewać. Wiedziałem też na jakie przynęty będę tego dnia łowił. Wybrałem stare i sprawdzone kamieniste miejsce w okolicach Łomży.

Świt, który przywitał mnie nad rzeka był wręcz nierzeczywisty. Poranna mgła splątana z lekkim wiatrem opływała moja twarz trzeźwiącym chłodem.

d1.jpg

Poczułem się jednolity z otaczającym mnie przedstawieniem, którego jak się miało okazać byłem jednym z aktorów.

Chodzenie po kamieniach nie należy do moich specjalności. Często zdarza się, że moje "wysportowane" ciało odmawia posłuszeństwa i wykonuje zupełnie inne ruchy niż zakładała to moja głowa. Ot taki żarcik natury. Ta cholerna nadwaga, którą otrzymałem w prezencie po rzuceniu papierosów, doskwiera mi coraz bardziej. Na pudełkach powinno być napisane inne ostrzeżenie: za każdą nie spaloną paczkę dostaniesz 100 g tłuszczu gratis! Tak powinny reklamować walkę z nałogiem. Nikt mnie przed tym nie ostrzegł ;)

Nauczony kilkoma upadkami wszedłem bardzo ostrożnie do wody, pewnie stanąłem na nogach i zacząłem łowić. Szybki nurt mocno napinał żyłkę i wyraźnie czułem pracę 4 cm woblera. Przynęta kształtem i kolorem przypominała małą ukleję, która targana siłą wody unosiła się i opadała imitując walkę rybki z żywiołem. Przez pierwszą godzinę nic się nie działo. Słońce powoli rozrzucało światło na pobliskie łąki i wysokie drzewa. Malowniczy widok wokół mnie zmieniał się w jeszcze bardziej cudowny z każdą minutą, kwadransem, godziną.

d2.jpg

Pomyślałem, że jest mi tu dobrze. Znaczy, że nie stojąc po kolana w wodzie, ale tutaj na tym kawałku łomżyńskiej ziemi. Uświadomiłem sobie, że mam w zasięgu ręki wszystko czego potrzeba szczęśliwemu człowiekowi. I właśnie wtedy moje zamyślenie przerywa potężne uderzenie. Odruchowo zacinam, ale na pusto. Na karku poczułem mrowienie. Ręce zaczęły mi lekko dygotać - to było piękne i silne branie - klenie!

Skupiłem się na tym co działo się na końcu żyłki. Daleki rzut woblerem w mielącą się wodę i wyćwiczone przytrzymanie. Przynętę prowadzę dokładnie tak jak chcę. Prąd wody wybija ją w górę, potem delikatnie spowalnia pracę… tu musi nastąpić branie - pomyślałem. Nie myliłem się. Bach. Branie jest agresywne, mój kij wygina się pod naporem ryby i wody. Rozpoczyna się hol, który kończę przy brzegu.

d3.jpg

d4.jpg

Kleń miał 43 cm. Ucieszyłem się samym faktem, że miałem rację co do miejsca i przynęty i ryb które chciałem łowić. Wypuszczam rybę, która trochę zaskoczona całym zdarzeniem wolno odpływa w nurt rzeki. Zaczynam łowić w ten sam sposób. Po chwili mam kolejne branie. Tym razem ryba jest większa. Kleń to waleczny przeciwnik, więc nie stosuję forsownego holu. Pozwalam rybie wyszaleć się w nurcie, co de facto mi bardzo pomaga - ryba walczy z wędkarzem, ale i z szybkim nurtem. Męczy się szybciej. Po chwili kleń ląduje u moich nóg. Mierzę szybko rybę - 47 cm.

d5.jpg

Jest piękny. Jego srebrzące się w świetle ciało po chwili znika w zatopionych kamienieniach. W myślach gratuluję sam sobie. Wracam szybko w miejsce, z którego wykonuje kolejne rzuty woblerem. Samotność i cisza powodują we mnie efekt zatracenia. Wyłączam się, dokładnie tak jak gasi się światło w łazience. Dochodzą do mnie wtedy głosy z wnętrza mojej głowy. Rozstrzygam sprawy niecierpiące zwłoki, jak również te błahe związane z życiem codziennym: kiedy wrócę do domu zjem jajecznicę na wędzonym boczku…. a i napiję się gorącej, słodkiej kawy. Często myślę o swoje córce, o tym, że rośnie bardzo szybko i że za chwile z mojego maleństwa zrobi się mała kobieta.

Łup. Branie nastąpiło znienacka, w miejscu gdzie szybki prąd wody styka się z zalanymi trawami. To kolejny dziki kleń. Walka jest energiczna. Trzymam rybę na krótkiej żyłce, a ta z całych swoich sił ucieka w nurt. Kij, którym łowię znakomicie pochłania silne zrywy klenia, jakby kłaniał się z szacunkiem dla odważnego przeciwnika. Jeszcze tylko jeden odjazd i mam zdobycz w ręku. Mierzę i … kolejne 47 cm.

d6.jpg

- Tego się choroba nie spodziewałem, drugi identyczny - z uśmiechem mówię sam do siebie.

Ta sytuacja powoduje, że wpadam w zachwyt nad miejscem. Zdawałem sobie sprawę, że czasami takie łowiska darzą wędkarzy dużą ilością tych ryb, ale nie sądziłem, że kiedyś spotka to właśnie mnie. Przechodzę ostrożnie w dół rzeki. Instynkt Andrzeja Lipińskiego przelatuje nad rozpędzoną wodą. Prowadzę go po łuku, przytrzymując w najciekawszych miejscach. Nie trwało to długo, uderzenie i znów mam rybę na kiju. Ten kleń jest mniejszy, ale pięknie wybarwiony.

d7.jpg

Zwracam mu wolność i siadam na kamieniach. Chwilę obserwuję wodę i śmieję się do siebie. Po czym wstaję i machając na pożegnanie w kierunku rzeki odjeżdżam na inne łowisko.

Tego bolenia sobie wymarzyłem.

Jadąc samochodem rozmyślałem nad tym gdzie jechać. Wybrałem tym razem górną część Narwi gdzie pewne kamieniste wypłycenie przyciąga klenie i bolenie, czasem sandacze i sumy. Na środku rzeki ustawiona jest zielono-biała tyczka. W tym miejscu powinny stać bolenie. Wtedy włącza mi się cała sekwencja filmowa: widzę oczami wyobraźni, że rzucam woblera dokładnie pod tyczkę. Trafiam idealnie kilkanaście cm od niej. Zaczynam szybko prowadzić Spirita. Po 3 m czuję silne walnięcie i widzę gejzer wody. Holuję spokojnie, jestem czujny ponieważ bolenie to bardzo sprytne ryby i potrafią w ostatnie fazie dać z siebie wszystko. Przyprowadzam rybę na spokojniejszą wodę. Wykłada się na bok. Teraz mogę ją podebrać…. marzę o tym… i to marzenie stało się rzeczywistością…

d8.jpg

d9.jpg

A tego akurat nie przewidziałem.

Po tym wręcz nierealnym poranku wracam na chwilę do domu. Jestem tak nakręcony, że nawet nie potrzebują swojej ulubionej słodkiej kawy, aby odgonić zmęczenie. To fajne uczucie, daje wolność, uskrzydla. Opowiadam żonie co się wydarzyło nad Narwią. Opowiadam córeczce, że tata złowił piękne ryby i że ten dzień był jeden z najciekawszych w ostatnim czasie. Pola słucha mnie uważnie i komentuje moją opowieść kilkoma słowami:

- Gupie te riby tatusiu!

Rozbawiła mnie tym i razem z nią siadam do stołu, przy którym pomaga mi wkleić ster do starego woblera.

- Tym woblerkiem tata złowi dzisiaj ładnego klenia, a to wszystko dzięki twojej pomocy. Kiedyś i ty będziesz łowić takie piękne „riby", zobaczysz.

Żegnam się z dziewczynami. Żona użyła innych słów niż się spodziewałem, ale … musiałem wrócić nad Narew, chociaż na parę godzin.

Po drodze zabieram swojego kompana wędkarskich wypraw mistrza Robak, który z niedowierzaniem wysłuchuje moich opowieści. Przyjeżdżamy na łowisko i niestety bardzo szybko rezygnujemy z wyjścia z samochodu. Silny wiatr uparcie szarpał powierzchnię wody, tworząc białe grzywy. W tych warunkach zostało nam jedynie przeczekać złą pogodę i zacząć łowić dopiero wieczorem. Około godziny 20:00 wiatr milknie, robi się spokojnie i całkiem przyjemnie. Nad rzeką nie ma prawie nikogo, oprócz dwóch wędkarzy po drugiej stronie rzeki. Składamy z Robakiem sprzęt i wchodzimy do wody. Oczywiście przynętą, której użyłem był wspomniany wcześniej stary wobler, którego naprawiłem z córką. Przynętą pracuje dość głęboko i silnie odczuwam jej drgania na delikatnym kiju.

Po kilkunastu minutach udaje mi się rzucić przynętę dość daleko. Pomógł mi w tym wiatr, który zaczął wiać z innego kierunku. Zebrałem luz i sprowadziłem woblera do dna. W tym momencie muszę nadmienić, że jeżeli ktoś wtedy zrobił by mi zdjęcie miał by radochy po pachy. Potężne uderzenie wygina moją wędkę w pałąk. Moja szczęka opadła mi pewnie do pasa, a może i nawet jeszcze niżej. Krzyczę przerażony do Robaka:

- Mam piękną brzanę, ale walczy…

Moja pewność została zweryfikowana po pierwszych 5 min walki. Silny przeciwnik miał nade mną przewagą, uparcie stał w silnym nurcie i ani myślał przesunąć się choćby o 1 cm. Rozpoczynam, ale z wyczuciem, pompowanie . Moja wędka pracowała w ekstremalnym ugięciu, świst żyłki tylko podnosił mi ciśnienie. W głowie ciągle powtarzałem sobie, oby sprzęt wytrzymał, oby wytrzymał. Zdrętwiała mi prawa ręka, więc przenoszę wędkę na lewą. Robak stojąc obok mnie daje tylko sygnały: to już 10 min, 15…. Walczymy dalej. Rozpoczyna się przeciąganie żyłki. Udaje mi się podprowadzi rybę do brzegu, a ta za chwilę wraca na środek rzeki i wytrwale stoi w nurcie. Wkurzyłem się i postanowiłem zakończyć to raz, a porządnie. Głośno mówię do ryby:

- Ja jestem zmęczony, więc pewnie i ty też. Skończmy to..

Wychodzę z wody, Robak kieruje mnie żebym się nie przewrócił idąc tyłem. Mocno zwijam żyłkę i przyciągam rybę pod kamienisty brzeg. Wtedy widzimy ją pierwszy raz. To sum. Walczy jeszcze ostatkiem sił, ciągle podnosząc mi adrenalinę. Finał rozgrywa się bardzo szybko. Zmęczoną rybę podbiera Robak. Robimy jej zdjęcia i szybko wypuszczamy z powrotem do rzeki.

d10.jpg

d11.jpg

d12.jpg

d13.jpg

Po tym całym zajściu śmiałem się już ciągle. Mówiłem do Robaka:

- Kuźwa przecież nikt mi w to nie uwierzy, no nikt mi w to nie uwierzy. Co za dzień!

Emocje doganiają mnie około godziny 23:00. Schodzimy z Robakiem z łowiska i udajemy się na krótki sen. Nie mogłem zasnąć. Wciąż w głowie szumiała mi pędząca woda i słyszałem pisk napiętej żyłki. Nadal dokuczał  mi skurcz przedramienia, ale jakie to wszystko było mało ważne. Byłem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy.

Budzimy się o świcie. Noc była zimna, sam poranek też. Robak rezygnuje po 2 godzinach rzucania w pusta wodę. Ryby nie biorą już tak ochoczo, chociaż rzutem na taśmę udaje mi się przechytrzyć jeszcze jednego klenia. To świetne dopełnienie 24 godzin spędzonych z wędka w ręku.

d14.jpg

Dochodzę do wniosku, że pora nam wracać. Samo przetworzenie tych emocji będzie ciężkie. Chciałem zapamiętać z tego jak najwięcej, jak najwięcej zostawić sobie na zapas aby móc kiedyś to wspominać.

Zjawa

Kiedy byłem na górnym odcinku Narwi widziałem starego człowieka, wędkarza, który szedł brzegiem rzeki. Miał w ręku wiekową wędkę bambusową oraz katuszkę z nawiniętą żyłką. Była tak gruba, że doskonale widziałem ją z drugiego brzegu. Dziadek trzymał też wiadro z robakami i systematycznie obławiał spokojną wodę. Po chwili zaskakująco szybko zniknął w wysokich trawach. Pomyślałem sobie wtedy, że może widziałem zjawę, może to był jakiś znak. Eeee……

d15.JPG

Ciekawe ile ten staruszek spędził nieprzespanych dni łowiąc nad Narwią? Pewnie miałby wiele do ciekawych rzeczy do opowiedzenia, tylko rozpiętość czasu była by inna - on kiedyś wracał po 48 h do domu.

Dla moich przyjaciół!

Rafał Krasucki
'Rafa'
  1. leśnik,

    Artykuł pełen emocji i wielkiej miłości do wędkarstwa, wydaję mi się, że znam cię jak własną kieszeń, ale i tak potrafisz mnie zaskoczyć swoim widzeniem świata. Oby tak dalej przyjacielu…

  2. Grzegorz Rio,

    Kolor twojej twarzy na przedostatnim zdjęciu opisuje całe ten 24 godziny maraton. Puenta jest wprost wyborna :-)

  3. Rafa,

    He, he, he… żartowniś się znalazł ;) Zmęczony byłem… i już :)
    Puenta adekwatna do minionych wydarzeń, pewnie długo będę czekał na podobne 24h.

  4. leśnik,

    Dobre, faktycznie nie przyuważyłem. Uroczo wyglądasz z tymi kolorkami, dosyć naturalnie.

Dodaj komentarz

Musisz być zalogowany by dodawać komentarze