Moja rutynowa ewaluacja przynęt.
Witam, jak zwykle najwięcej kłopotów mam z rozpoczęciem, więc coś wtrącę o sobie w międzyczasie o przynętach. Wiele rybich smakołyków, których używam związanych jest z pewnymi sytuacjami nad wodą, a większość to po prostu zrządzenia losu… Z tym, że odkąd sięgam pamięcią nie pamiętam wszystkich przynętowych manewrów :). Początki w tym sporcie nie były dla mnie łatwe, ale upór 6 letniego juniora jest większy niż jakieś tam zasady zawodowców. Oczywiście obserwowałem innych wędkarzy w kwestiach technicznych, ale zawsze lubiłem eksperymentować (zostało mi to do dziś).
Dziełem przypadku zacząłem spławikówką pewnego razu nad Rajgrodzkim… Oczy dziecka wyolbrzymiają wszystko, a więc jezioro było wtedy niczym bezkresne morze.
-Masz tu wędkę.. idź na pomost, pobaw się- słowa Taty (po krótkim instruktarzu) jak wyrocznia pokierowały mnie nad jezioro.
Pierwsza wędka to klasyczne rękodzieło- trójelementowe bambusowe cudo (wyprzedzała nie jeden dzisiejszy węgiel) kołowrotek „ruski" o ruchomej szpuli (również cud bo z hamulcem!!!) spławik ręczna robota mojego nie żyjącego wuja (superczułe gęsie pióro, używam do dziś) żyłka pierwsza lepsza i haczyk tej samej firmy.
Ha, a pierwsza przynęta?
Oczywistym jest fakt, że zapomnieliśmy przynęty (o zanętach też jeszcze nikt nie myślał). Dylemat rozwiązał się już przy kolacji..
-Tatoooo, a mogę chleb?, a pomidora? A konserwę? - a ogórka? (o dziwo w okolicy nie było dżdżownic
Tak wyposażony już pierwszego dnia wakacji dreptałem na pomost w Czarnej Wsi. Było tam już kilku starszych wędkarzy z „Germinami" i nieosiągalnymi dla mnie wówczas młynkami o stałej szpuli.. Przywitałem się. Łowili na ciasto głównie ukleje, płotki i mikro krąpie. Nie bez problemu złożyłem wędkę i bach pomidor w wodę, po kilku minutach stwierdziłem, że to chyba „nie za bardzo podchodzi" w rybim menu (szczególnie w wersji z pieprzem). Przyszedł czas na ogórka … i znów lipa, na chleb zacząłem łowić to co wszyscy i było sympatycznie. Ale miałem jeszcze przecież bardzo słoną mielonkę i po godzinie łowienia „bach Tyrolską" w Rajgrodzkie. Długo, długo nic… Straciłem na chwile spławik z oczu, żeby zazdrośnie popatrzeć na sąsiada, hałaśliwie holującego kolejną rybę (używał wtedy dość pospolitych wędkarskich słów typu „jaki k… wielki"). Ale gdzie mój spławik? A jest, leży tylko, to ja go prostować, a tu zaczep.. i jeszcze coś wali w wędkę :). Otóż leszcz (ok kilograma) po typowo siłowym holu znalazł się przy pomoście.. (to nic, że się wypiął z przy tępego haczyka i tak wszyscy widzieli jaki był duży :). Drugiego dnia miałem już tylko chleb i Tyrolską i łowiłem. Oczywiście większość brań marnowałem, ale miałem większe ryby od wszystkich z pomostu. Moja super przynęta kusiła płocie i leszcze. Następnego dnia panowie od „germin" z porcelanowymi przelotkami o 5 rano ukradkiem wciskali mielonkę na swoje haczyki. A ja zamiast taplać się w wodzie z cała rodzinką, całymi dniami „opalałem się" na pomoście z bambusówą w ręku, bo woreczek z rybami się otworzył. Tym bardziej, że nie wszyscy z pomostu widzieli, że mielonka przeciągnięta kawałek zostawia w wodzie niezłą smugę zapachowo- smakową…
To był mój ostatni raz na Rajgrodzkim. Byłem tam kiedyś przejazdem bez wędki i widziałem jak wędkarze z tego samego pomostu targali mikro- leszczaki z zaawansowaną ligullozą.
Podobno potem wyłowiono ryby siatkami i pchnięto „na mączkę", a teraz zbiornik się odrodził na nowo. Ciekawy jestem jak dziś spisałaby się moja mielonka…
Czas kukurydzy
Kilka lat później nauczyłem się wiązać haczyki inaczej niż „na ósemkę" i jako 12- latek od czasu do czasu jeździłem z Tatą na żwirownię do znajomego… Łowiliśmy głównie karpie i karaasie z rzadka amury i złote liny w większości ryby małe do ok 1 kilograma. Już byłem w posiadaniu wędek z włókna szklanego (HoHo), kołowrotka „Delfin"(cud techniki) reszta sprzętu też przeszła nieznaczne poprawki. Na początku głównie nasiono łubinu było przynęto- zanętą i było naprawdę skuteczne. Z tym, że ciągle chciałem łowić nie więcej, a większe, a łubin dość kruchy szybko spadał z haczyka, dwa ziarna to już tłok na jednym haku. Nadszedł czas kukurydzy. Można założyć więcej ziaren i pewniej trzymają się na haku. Efekty też były lepsze i coraz częściej trafiały się większe ryby (jak na ten stosunkowo młody zbiornik). Któregoś dnia miałem ciekawy pomysł na podanie kukurydzy i konsekwentnie zabrałem się do eksperymentów. Tego dnia oddaliłem się od towarzyszy bo zależało mi na spokoju. Może bardziej na spokojnym holu dużego karpia. Za pomocą igły na nić koloru kukurydzianego założyłem ok 10- 15 ziaren kukurydzy i przywiązałem do dużego, kutego, złotego haczyka z oczkiem (taka metoda włosowa w moim wydaniu). Cały zabieg zajmował dużo czasu ale robota, aż paliła mi się w rękach (dosłownie). Używałem też koszyczka a to dlatego, że wszędobylskie karasie obskubywały mi po jednym ziarenku z systemu, co dawało złudny obraz brania. W koszyczek wrzucałem kostki ziemniaka i zasypywałem suchymi płatkami owsianymi- ziemniaki dla karpi, a płatki wypływając na powierzchnię zabierały ze sobą karasiową szarańczę.
Dwie gruntówy- pac w wodę.. lewa na łagodny stok na lewo, druga w osłoniętą spokojną zatoczkę z ostrym spadem na prawo. Po godzinie zrezygnowany lewą przezbroiłem na lekki grunt i jedno ziarno by zająć czas karasiami, które spływały (z założenia) z tej prawej strony z wiatrem. Po ok 2 godzinach zacząłem wypuszczać karasie bo miałem już ich wystarczająco. Gdy nagle wędka z „włoskiem" zaczęła mi odjeżdżać z podpórki z dostojną prędkością w kierunku zatoczki gdzie leżał system kukurydziany. Otworzyłem kabłąk i poczekałem chwilę, zamknąłem.. i bach w nos.. Siedzi!! To było COŚ sprawdzić się z takim przeciwnikiem, tym bardziej że na kombinowaną przynętę. Karp nie uciekał na boki jak maluchy, on powoli z szybkością małej ciuchci brnął w najgłębsze miejsce w zbiorniku wyciągając ok 50m żyłki trójki. Nie kręciłem, poczekałem aż zakręci. I zakręcił, w moim kierunku tym razem ruszył jak Ferrari ledwo stary „Delfin" nawijał kolejne metry. Wyhamował dopiero w tataraku jakieś 5m ode mnie, potem już tylko kręcił ósemki. Pamiętam te emocje jakby to było wczoraj..
Do podbieraka się nie mieścił, podebrałem delikatnie ręką ok 5 kilówkę. Za taką adrenalinę w nagrodę dostał buzi i drugą szansę. Nigdy nie przyznałem się innym wędkarzom łowiącym tego dnia, na żwirowni na co złapałem tego karpia, tylko mówiłem że podczas oględzin niefortunnie wypadł mi do wody..
Potem udoskonaliłem „mojego kukurydzianego włosa" i jako dip stosowałem olej po szprotkach (musiały być te najtańsze bo droższe za dużo były „ulepszane") i częściej łowiłem karpiki do 3 kg. Eksperymentowałem co prawda z innymi przynętami jednak „moja kukurydza" smakowała karpiom najlepiej. Z przyczyn losowych (studia, Narew, Pisa…) od około dziewięciu lat nie widziałem tego zbiornika. Niedawno dużo o nim słyszałem dobrego.. i wiem że od czasu do czasu w jednej z jego zatoczek pewien gruby karp zagląda w poszukiwaniu mojej specjalnej przynęty po to by znów sprawdzić moje opanowanie i sprzęt. On pewnie też nauczył się paru karpiowych trików..
Matura z wędkarstwa
Czas płynął, jak Pisa w niżówce. Po maturze myśli miałem jak Narew wiosną (ździebko rozlane). Dumałem jak łowić, gdzie i jaką metodą. Chyba to była 2-3 klasa LO kiedy poznałem Krzysztofa- do teraz towarzysza najbardziej szalonych wypraw wędkarskich. Sprawa była ułatwiona bo mieszkaliśmy w jednym bloku i zawsze można było się ugadać, gdzie, kiedy i na co. Mieliśmy głowy pełne pomysłów i każdy wyjazd był inny. W okresie wakacji potrafiliśmy jeździć rowerami w różne „nasze miejscówki" po 3 razy dziennie. Nie wiem skąd braliśmy siły na takie eskapady, jedno jest pewne nie żałuję żadnego wypadu, (no może jednego jak woda burzowa wlewała się do namiotu, bo nasz szmaciany domek „na tropiku" puszczał wodę, a ja „spałem" z puszką po konserwie na brzuchu). Nauczyłem się wiele. Głównie „spławikiem i gruntówką" polowaliśmy na leszcze, liny i sumy. Choć cieszę się, że tych ostatnich było najmniej bo jak pomyślę, o sprzęcie którego używaliśmy to stwierdzam że niepotrzebnie kaleczylibyśmy ryby i wędki.
A co do przynęt… białe robaki- przełom w łowieniu, 5 sztuk na hak i bach do wody, wiosenne leszcze i płoteczki to lubią, a te nocne lipcowo- sierpniowe też przepadają za białym przydatnym nie tylko do podparcia świeżej rosówki. Eksperymentowaliśmy na starorzeczach i rzece, w miejscach które były w zasięgu naszych rowerów. Stosowaliśmy też kanapki z kukurydzy i białych.. Jak był Biały ryby brały.. był dobry na wszystko.. tu nie zapomnę jak zostawiłem spławik, 3 białe w nurcie w celu połowu uklejowego żywca i poszedłem przerzucić gruncik gdy usłyszałem chlapanie przy uklejówce. Na podpórce podskakiwała wędka, a w wodzie szalał dwójkowy bolek z BIAŁYMI w paszczy, druciany haczyk łatwo oddał mu robaki prostując się w najlepsze. Z czasem łowiliśmy na kolorowe-białe, aromatyzowane białe, przecierane w zanęcie, w gresie kukurydzianym. Kiedyś nawet na białe wciągnięte świeżo z padlinki, ale cóż jak się zapomina przynęt- trzeba jednak łowić na coś, a na takie robaki- wzdręgi otwierały paszczęki dosłownie w locie.
Albo inna sytuacja znad Pisy, gdy podczas „męczenia" Bogu ducha winnych uklejek, które nagle przestały brać, wkurzony założyłem mega- pęczek białych polując na grubą rybę. W pewnym momencie zauważyłem że z wirów rzeki na burtową koskę do mojej uklejówki (główna 0,12, przepon 0, 8) podpływa ślamazarnie sumek ok 60 cm. Na pewno wyszedł do moich białych bo prowadzałem go jak na smyczy przez chwilę..
Hmmm- to były dobre czasy.. do matury, potem już były tylko lepsze :).
Matka natura, niewyczerpany zasobnik przynętowy
Oczywiście nadszedł czas studiów, a mój wymarzony kierunek, już czekał października i rozpoczęcia roku akademickiego. Z rozmarzeniem wspominam najdłuższe w życiu trzymiesięczne wakacje.. A jak– wędkarskie.. bo przecież mamy Narew pod ręką! Krzych wyjechał do babci (oczywiście z wędkami, relacjonował na bieżąco potyczki z linami i karasiami w upatrzonej gliniance), a ja wziąłem 2 tygodnie urlopu od budowy, by za namową kupli, przerobić nieco gotówki na wypoczynek. Pojechaliśmy na działkę do kolegi w miejscowości Dreństwo nad jeziorem o tej samej nazwie. Pomost, wędki i względny święty spokój. Wtedy też dowiedziałem się, że jestem meteopatą i z rana głowa mnie boli.. Z zazdrością gapiłem się z pomostu na sąsiada odpływającego łódką każdego ranka. Na pomoście królowały w dzień- spławiki i grunty w nocy. Do momentu gdy miałem białe i czerwone robaki, wesoło ciąłem drobnicę równo. W dwa dni wyczerpałem zapas żywych przynęt nie łapiąc nic większego od dłoni, kukurydza była dobra tylko nocą.. Do sklepu z właściwym zaopatrzeniem było 25 km, a transportu brak.. Złapałem doła i byłem w wielkiej kropie, żeby nie mówić d…pie. Zrobiłem więc dzień przerwy- dzień zadumy, przy okazji były kiełbaski, ognisko i różne takie tam indiańskie manewry. Rano, z jak co dzień bolącą głową, udałem się po ratunek i natchnienie do sklepu zaopatrzeniowo- spożywczego. Mielonki brak- znów d…pa, smutny wziąłem inne puszki. Wracając ze sklepu, złapałem zadyszkę i postanowiłem przycupnąć w pobliskim kartoflisku chłodząc się chmielowym trunkiem. Gdy, poczułem, że coś po mnie łazi, zerwałem się na równe nogi. Dziwny, obły owad mniejszy niż rohatyniec większy niż biedronka, czyli postrach ziemniaczanych liści i kwiatów pospolita STONKA. Nie wiem czy kiedykolwiek znów trafi się taka sytuacja w moim wędkarskim życiu ale ten dar natury to strzał w sam środek tarczy potrzeb populacji wszystkich ryb w tym jeziorze w tym okresie, obok ja i na końcu wędki stonka. Szkodniki, ścierwo znienawidzone przez uprawiających bulwy ziemniaczane rolników, budzące obrzydzenie w oczach płci pięknej, a miłość i konkurencję pokarmową u skrzelowatych strunowców, a jednak ja w wolnej chwili łaziłem po polu zbierając stonkę, niczym kuropatwa ku uciesze właściciela poletka. Zebrane owady trzymałem w pudełku po zapałkach.
Po paru dniach fascynacji trzeba było pomyśleć nad trwałością nowej przynęty, wcześniej stosowałem tylko dojrzałe osobniki, dobre na dorodne płocie, ukleje i krąpie, ale kruche i wytrzymywały góra 2 ryby.. BŁĄD. Przecież larwy stonki, pachną tak samo, nie uciekają tak szybko, nie umieją odlatywać z pudełka, są trwalsze i lubią je leszczyki. Takie jeziorowe wyjadacze między kilogram do dwóch. O 12 w południe nawet zataplał się jeden sznurkokształtny, półmetrowy węgorz- dacie wiarę na stonkę! Tzn na larwę stonki. J
Z innych darów natury, niekiedy używałem też konika polnego, łowiąc w Narwi, ale tylko na płocie pod powierzchnią w „niektórych sytuacjach !!!" na podniesionej wodzie. Tylko musiał być tak zaczepiony by przytrzymany w nurcie nie kręcił się w kółko… spławikiem był korek (z korka) po winie… nie wiedziałem wtedy, że jest coś takiego jak kula wodna… dopóki Krzych mi jej kiedyś nie pokazał… A płocie, uch szczególnie te powierzchniowe są jak jazie, bo z myślą o nich był ten konik, wymagają ciszy, skupienia i cieniutkiej żyłki przeponowej.
Wielokrotnie podpatrywałem naturę co wrzuca rybkom do wody i jak one na to reagują. Polecam czasem obserwację otoczenia, wnioski murowane i efekty mogą być zaskakujące np. mucha po pacnięciu łapką jest gorsza niż złapana ręką, osa bez odwłoka jest lepsza niż z odwłokiem, „bo kiedyś przynęty pełzały, fruwały, skakały wszędzie…"
Kukurydza na nowo odkryta
Było to nad mazurskim jeziorem na działce u jednego z kolegów Taty.. Łowiliśmy spławikami z małego pomostu. Było wesoło tym bardziej, że to jakiś ciepły, długi weekend, a ja byłem spragniony wędkarskich wrażeń. Pospolite, kupne przynęty zwierzęce o dziwo nie sprawdzały się mimo grubego nęcenia rosówą, białymi, pinką, kupną zanętą i kukurydzą prosto z puchy. Co prawda było kilka płotek, jeden 0,7 kg lechol, ale na 3 chłopa? Eeeee. I cały dzień łowienia. Nie coś, tu nie tak. Rok wcześniej było dużo lepiej. Starsi towarzysze oddalili się do domku w celu popasu. Jako student, wówczas drugiego roku eksperymentowałem w ciszy, odganiając wstrętne komarzyce. Kombinacje kanapek, wysokości łowienia, próby opadu nie przynosiły żadnych konkretnych rezultatów. Poddałem się, a może sen mnie znużył bo walnąłem w śpiwór jak alga „trójka" w wodę. Następny poranek, koledzy odsypiają wieczorną kolację, a ja „driver- na ochotnika" o 3 rano wędkę na plecy i na pomost. Co tam zastałem? Wielkie bąblowisko. Myślami mierzyłem te złote jeziorowe leszcze i oliwkowe liny. Zaczynają się podjazdy i cuda przynęty, techniki i nic do piątej. Kilka niezaciętych puknięć w kukurydzę i to wszystko. I tak do piątej rano. Wtedy to moje kocie ruchy spowodowały wypadek- pucha z kukurydzą zanęciła punktowo teren pod pomostem i nijak ją odzyskać. Tak dziełem przypadku odkryłem nową/starą przynętę. Pozostało może 10 ziaren nieuważnie rozsypanych na pomoście, a telefon i zapasowa pucha w domku 150m ode mnie. Myśl…
Po zużyciu połowy pozostałej kukurydzy, wyciągnąłem z wody obskubaną jej skórkę (wiszącą na haku). Przecież nie mogę wyrzucić takiego kawała paszy do wody. Rach, ciach i zawinąłem ową skórkę przeszywając na wylot złotym ownerem i tradycyjnie pac w wodę. Przelotowo zmontowany spławik wynurzył się niewiele ponad flautowy poziom jeziora i trwał tak chwilę witając pierwsze, śmiałe promienie wzeszłego już słońca. Myśląc, że to krzaczasty zaczep zwijam zestaw napotykając pulsujący opór 1,5 kg leszcza. I to było to: leszcze, płocie nawet parę pomostowych dyżurnych pasiaków zaciekawiła tak podana przynęta. Do godziny 9 miałem pokaźne stadko leszczy i płoci w sadzyku zużywając 5 ziaren kukurydzy! Tzn. 5 skórek kukurydzianych ziaren, które do tej pory stosuję nie tyko w krytycznych sytuacjach nad wodą. Ziarno kukurydzy to przynęta znana, a odkryta na nowo, zarówno w stojących zbiornikach do łowienia z opadu niczym mormych, lecz niezastąpiona do przepływanki rzecznej i kanałowej. Oczywiście tylko w niektórych sprzyjających warunkach… A towarzysze, widząc efekty rannego połowu, posądzili mnie o nocne kłusownictwo… Żeby nie uśmiechy uznania, posądziłbym ich o zazdrość.
Kolejny egzamin skórka kukurydziana przeszła w zeszłym sezonie (tj 2010r.) gdy łowiłem głównie 4m bolonką w Narwi, kiedy to często schodziłem z wody z odgiętymi hakami. Krzychu zaciekawiony moimi zapewnieniami, że na „skórkę" skutecznie prowokuję już od wiosny płocie, leszcze i klenie wybrał się ze swoją matchówką na niepozornie wyglądające miejsce w dół rzeki od Łomży. Po pół godziny od zanęcenia już miał dużego leszcza (między 1,5 a 2 kg jeśli dobrze pamiętam zassał pinki) a ja kilka krąpi po minimum 0,5 kg każdy. Czekając na klenia pobiłem rekord sprzed lat wyjmując krąpia 47 cm. Gdy płotki nagle przestały skubać wiedziałem co się święci, zawsze tak było… Tzn. Najpierw krąpie, leszcze, płocie i na koniec klenie, kleniska.. Skórka z 2 ziaren zawieszona w pół wody, ja cichutko w woderach za krzaczkiem.. woda kręci nierówno, a wyczynowa 8g bąbka płynie nieruszana z nurtem. Moją czujność wyostrza nagle krótkie szarpnięcie na wodę, wiem że muszę zaczekać, poprawił i to z odczuwalnym na kiju impetem. Jeszcze reguluję ruchliwy hamulec i zaczyna się nierówna walka (mam solidną żyłkę 0,25 i super haki od Krzycha). Najpierw w poprzek prądu, chwilę pod prąd, potem z maksymalną prędkością kleniową w moje nogi, które momentalnie drętwieją jak widzę z czym mam do czynienia. Po najdłużej trwających 5 minutach w moim wędkarskim życiu 55cm klenik ląduje w podbieraku. Potem jeszcze pobijam mój rekord w płoci 36 cm (jednego dnia, w jednym łowisku, na jedną przynętę) Już wiem co za ryby prostowały haczyki, których używałem wcześniej (takie srebrne „z Buddą").. i nigdy więcej :).
Do tej pory testowałem wiele i różnych przynęt, opisałem tylko niektóre, które pozostały mi w pamięci. Wielokrotnie kapitulowałem lub zmieniałem podłoże eksperymentu obiecując sobie, że kiedyś powtórzę próby ze świeżym umysłem. Czasem jak już znalazłem złoty środek w danym dniu i tak po chwili szukałem dalej, już tak mam…
Natomiast kilku faktów jestem pewien:
- każda przynęta będzie najlepsza jeśli w nią uwierzysz,
- jeśli są ryby w łowisku, to zawsze jest przynęta na którą, dadzą się złowić, to tylko kwestia czasu i uporu i elastyczności wędkarza lub techniki w danym dniu,
- przynęta nie łowi- tylko wędkarz,
- szanować doświadczenia innych wędkarzy i wykorzystywać je do własnych celów,
- obserwując naturę można nauczyć się więcej niż z niejednego poradnika wyczynowych wędkarzy (choć warto je znać), czasem lepiej dać chwilę odpocząć rybom i sobie, ale mieć „wodę na oczach",
- nie trzymać swojej wiedzy dla siebie bo dzielenie się nią daje większą frajdę.
Jak każdy z Nas często zastanawiam się po skończonym sezonie: Co mogę robić lepiej?, Gdzie szukać większych ryb? Równie często jednak myślę o tym, dlaczego muszę łowić tak jak wszyscy.. Bo przecież nie muszę? Łatwiej jest na pewno, ale nie ma porównania z adrenaliną holowania kolejnej ryby, nawet najmniejszej ale na własną, kombinowaną przynętę.
np. Taki jest efekt braku przynęt za granicami kraju… Anglia 2008r., pstrągi i tu moje nibymuchy:
…i niezbędne akcesoria każdego wędkarza (spławik, ciężarek i najskuteczniejsze suplementy owadów-żałuję że nie mam zdjęcia wędki i ryb
Ostatnio z różnych powodów przerzuciłem się na spining i raczkuję jak nieporadne niemowlę. Oczywiście Krzychu daje mi niezłą szkołę, pokazuje i użycza mi swoich zabawek. W warsztacie już czekają pierwsze korpusy woblerów, popalone gumy i mnóstwo zgromadzonego materiału. Mogę też spokojnie stwierdzić, że to dopiero mój w pełni spiningowy pierwszy sezon.. a moje niektóre przynęty już nie wyglądają normalnie:
Nawet mam jakieś tam małe sukcesy.
Mam też wielkie porażki jak połamanie 2 wędek w dwa miesiące.
Jednego jestem pewien, nie będę łowił jak większość. Rutynowo przeprowadzam experymenty.
Co z tego wyjdzie? Czas pokaże.

‘nosfer’






Sentymentalny artykuł. Piotr zawsze lubił eksperymentować z dziwadłami, na które z początku się krzywo patrzyłem;) Sprostowanie…mój leszcz padł właśnie na kukurydzianą skórkę. Czasami opłaca się coś radykalnie zmienić, zmniejszyć przynętę, dołożyć kastera czy posmarować ją dipem trafiając w dziesiątkę - rybie gusta-usta.
Oj myślałem, że to były białe… , jednak pamięć zawodzi czasem. Ale lechol był zgrabny, 57 cm ale pamięć z tamtego dnia już raz zawiodła..dawno takiego nie miałem ale gdzieś czytałem, że leszcze jesienią walą w muszki na pałeczce tyrolskiej, a ja już wszystko mam.. :)
Pewien wędkarz starej daty opowiadał mi kiedyś nad wodą: “- panie, jak jętka się roiła to żadna ryba przez dwa tygodnie nie chciała brać. A było jej tyle…, że ludzie nią w piecu palili. Nie wiem co się z nią tera stało… czy brudna woda czy co?”:) Na jętkę jeszcze nie łowilim :p
Pamiętam jak pewien mieszkaniec z Piątnicy mówił, że musiał się zatrzymać za mostem bo jętki zapchały mu filtr powietrza :) Hmm byłem w tym roku pod tym mostem i znalazłem kilkanaście padłych jętek.. w efekcie wyciągnąłem wnioski, że mikro haczyk z 3 jętkami połkniętymi przez okonia trudno wyciągnąć nawet wypychaczem, a u 20 okoni… Kilka razy wybierałem się na “palenie jętki” ale zawsze coś wypada. Może za rok ;)